Wygląda na to, że dni kuratoriów oświaty są policzone. Kandydatka na
wiceministra oświaty Krystyna Szumilas z Platformy Obywatelskiej mówi
"Rzeczpospolitej", że to przestarzała forma nadzoru pedagogicznego.
Pomysł - jak zwykle - ma swoich przeciwników i zwolenników.
"Potrzeba nowocześniejszego nadzoru pedagogicznego, który nie będzie
organem politycznym ministra, ale niezależną instytucją, która będzie
czuwała nad pracą szkoły" - oświadczyła Szumilas. Zaraz jednak
podkreśla, że na razie to tylko pomysł, a nie decyzja.
Za ten
plan kciuki trzyma Irena Dzierzgowska, która była wiceministrem oświaty
w rządzie Jerzego Buzka. "Kibicuję mu przede wszystkim dlatego, że
teraz mamy do czynienia z dwuwładzą. Szkoły podlegają samorządom i
kuratoriom. Zdarza się, że dyrektor jest w kłopocie, jak działać, by
dobrze wypełnić polecenia kuratora i samorządu" - tłumaczy.
Zupełnie
innego zdania jest wiceszef sejmowej komisji edukacji Tadeusz Sławecki
z PSL. "Takie hasła padły z ust niektórych działaczy PO, ale dyskusji
nie było. Musi być w terenie jakiś przedstawiciel ministerstwa. Można
się natomiast zastanowić nad zmianą wyboru kuratorów, bo za Giertycha
tak zmieniono zasady, że kurator praktycznie jest wybierany przez układ
rządzący" - stwierdza.
Kuratoriów w kraju jest szesnaście. Po
jednym na województwo. To urzędy o rozbudowanej strukturze: z
wydziałami w centralach i delegaturami w terenie. resort edukacji nie
ma danych, ile osób zatrudniają. Tylko w mazowieckiej placówce pracuje
ok. 300.
Kuratoria zajmują się głównie wizytacjami szkół,
konkursami na dyrektorów, konkursami przedmiotowymi, wydają certyfikaty
dla placówek, które prowadzą rozmaite kursy. I co najważniejsze - są
łącznikiem między ministerstwem a szkołami.
Źródło: Dziennik
|