|
poniedziałek, 05 luty 2007 |
Komputerowe strzelaniny mają tyle samo nastoletnich wielbicieli, ilu
dorosłych przeciwników, którzy dbają o moralny rozwój tych pierwszych.
Politycy co rusz żądają zamknięcia stron internetowych epatujących
przemocą – jednak egzekwowaniem podobnych zakazów mają się zająć inni.
Raz w miesiącu w brzydkim budynku biurowym na skraju Bonn zbiera się
gremium dwunastu po części posiwiałych już obywateli. Wygląda ono
raczej jak kolegium zaangażowanych społecznie nauczycieli, którzy
naradzają się nad dalszymi postępami uczniów sprawiających problemy.
Jest to nawet coś podobnego – kłopot w tym, że owych dzieci są
dziesiątki tysięcy i codziennie robią one straszne rzeczy w
internetowej sieci. Grają w killer games, również typu ego-shooter (w
których gracz identyfikuje się z głównym bohaterem), zajmują się też
tematami, jakie wielu dorosłych uważa za wytwory chorej wyobraźni.
Dwunastka z Bonn – przedstawiciele instytucji stojących na straży
młodzieży oraz reprezentanci organizacji dobroczynnych – mają oceniać
te kwestie na swoich spotkaniach. I tak szanowni państwo z nieruchomymi
twarzami przyglądają się ostremu porno, filmom o kanibalach i rosnącej
ostatnio liczbie interaktywnych gier komputerowych. Rocznie pojawia się
ich ok. 30-40, mówi Elke Monssen-Engberding, szefowa Federalnego Urzędu
Kontroli Mediów Zagrażających Młodzieży. "To, co się tu widzi, jest
przerażające" – komentuje.
Tylko co robić? Minister spraw
wewnętrznych Bawarii Günther Beckstein (CSU) żąda, by "w obliczu
nieprzerwanego łańcucha aktów przemocy stosowanej przez młodych ludzi
po zabawie w gry z zabijaniem" wprowadzony został zakaz ich produkcji
oraz rozpowszechniania. Głos Becksteina nie jest jedynym w owym
rosnącym chórze, do którego należy także Jürgen Zöllner, przewodniczący
Stałej Konferencji Ministrów Kultury Landów. Również Unia Europejska
chce wystąpić przeciwko grom w zabijanie, pozostawia to jednak do
rozstrzygnięcia krajom członkowskim. Minister sprawiedliwości Niemiec
Brigitte Zypries (SPD) uważa, że istniejące już prawo całkowicie
wystarczy: od 2004 roku propagowanie przemocy podlega zaostrzonym karom.
To tak, jak gdyby debatowały tu istoty z różnych galaktyk. Młodzi
gracze obserwują narady nad wprowadzeniem zakazu z mieszaniną
szyderstwa i konsternacji. Mają wrażenie, jak gdyby świat ministrów i
pedagogów pozostał gdzieś daleko w tyle za ich własnym. Myślą to, co
młodzi ludzie myśleli we wszystkich czasach, gdy starzy chcieli im
narzucać, co ma być dla nich dobre, a co nie. "Proszę, postarajcie się
szybko choć trochę doinformować", pisze bloger Stefan. Na forum
"Counter-Strike" złości się "match007": "Tak to już jest, kiedy starsze
pokolenia sprawują władzę".
Z drugiej strony ów brak
zrozumienia umacnia tych, którzy domagają się wprowadzenia zakazu.
Skoro tak wielu młodych ludzi uważa za całkowicie normalną zabawę w
wirtualne strzelaniny, podczas których krew tryska z ciał, gdy trafiają
je kule, masakrowani są zakładnicy i istnieje tylko dobro lub zło,
życie lub śmierć, widać przejawia się w tym niepokojąca tendencja do
brutalności. Państwo, uważa monachijski psychiatra młodzieży Franz
Joseph Freisleder, powinno "dać znak", jakiś sygnał, "że społeczeństwo
nie uważa zalewu przemocy za rzecz oczywistą" – wprowadzając zakaz.
Jest tylko jedno "ale": jak to zrealizować? Policja już macha ręką.
"Pierwsza reakcja polityków wygląda zawsze tak samo: konieczny jest
zakaz" – stwierdza Konrad Freiberg, szef związku zawodowego pracowników
policji (GdP). Problem w tym, że "bez sensu jest wydawać zakaz, który
nie jest akceptowany i którego nie da się wyegzekwować". Co może
wskórać garstka śledczych – pyta Freiberg – wobec rozpowszechnienia
tych gier w bezkresnych otchłaniach sieci?
"Counter Strike",
najbardziej znana gra wśród killer games, nie znajduje się nawet na
indeksie tytułów zagrażających młodzieży. "Nie chodzi w niej tylko o
strzelanie i granie, lecz w pierwszym rzędzie o strategię i komunikację
z innymi graczami" – mówi Elke Monssen-Engberding z Federalnego Urzędu
Kontroli Mediów Zagrażających Młodzieży (...). Natomiast jako pełna
przemocy zaklasyfikowana została przez tę instytucję gra "Man Hunt", w
której morderca ma w możliwie okrutny sposób zabić możliwie wiele
ofiar. Ta jest już zabroniona. Jednak samo umieszczanie określonych
tytułów na liście pozycji zakazanych nie na wiele przydaje się w
sytuacji, gdy można je sobie ściągnąć z internetu przez giełdy wymiany
i fora stron z komputerowymi grami.
Co za czasy. I pomyśleć, że
pierwszą broszurą, która znalazła się na indeksie Urzędu z uwagi na
treści zagrażające moralnemu rozwojowi młodzieży, był komiks, zwany w
1954 r. zeszytem groszowym, pod tytułem "Tarzan, dżungla płonie".
Źródło: Onet.pl/Suddeutsche Zeitung
|
|